piątek, 2 listopada 2012


ROZDZIAŁ I

ODLICZANIE


Tydzień do końca świata
   

          Do tego momentu wszystko wyglądało perfekcyjnie. Jasnozłote popołudniowe światło nadawało kolorom niezwykłą intensywność. Wzrok Devina przemierzył drogę od kwadratu soczystej trawy, na której stał, przez wyznaczający granicę bazy pas brązowej ziemi, rozległe pole stadionu aż po trybuny. Nie było na nich nikogo; jedyna osoba, która miała przyglądać się jego rzutowi, siedziała gdzieś z boku.
          Nie odwrócił głowy, by na nią spojrzeć. Wystarczyła świadomość, że tam jest. Czuł niemal namacalnie wsparcie płynące od niej. Ale by rzucić dobrze, musiał zapomnieć na chwilę o wszystkim naokoło. Musiał skupić się na tym, co jest tak blisko, że bliżej być nie może. Na fakturze piłki, pasującej do jego dłoni tak dobrze, jakby się z nią urodził. Pogłaskał palcem wypukły szew, obrócił piłkę, próbując nadać jej idealne ustawienie. Powoli, precyzyjnie uniósł zgiętą nogę do wykroku, prawą rękę wycofując za plecy. Na krótki moment zastygł w bezruchu. Potem wystrzelił do przodu, miotając piłkę wysokim, podkręconym rzutem - prosto w słońce. Opadł na prawą nogę, wyhamowując siłę rozpędu rwącą całym ciałem. Do tego momentu wszystko wyglądało perfekcyjnie. Bardzo, bardzo chciał, by tak pozostało.
          Nie spojrzał w słońce. Nie podniósł nawet głowy. Piłka podskakiwała po murawie gdzieś daleko, na drugim końcu stadionu. Nie interesowało go to, gdzie dorzucił. Musiał sprawdzić coś innego. Wyprostował się wolno, patrząc na swoją prawą rękę. Zmarszczył brwi. Jakby nie dowierzając, uniósł palce lewej ręki i dotknął zgięcia łokcia. Przesunął jasnymi opuszkami po twardym mięśniu przedramienia, wyraźnie odznaczających się żyłach, łokciu. Przyglądał się swojej brązowej, lśniącej od potu ręce, jakby widział ją pierwszy raz w życiu. Nieważne, gdzie spadła piłka. Mogła dolecieć choćby na trybuny. Choćby i do piekła!
          Ręka go nie bolała!
Dopiero teraz podniósł głowę. Nadal nie spojrzał jednak na stadion. Odwrócił się i odnalazł wzrokiem Sarah. Podbiegł do granicy boiska z oczami roziskrzonymi radością. Podniosła notatki z kolan. Nie śpiesząc się, zapięła klamry torby, wstała i wygładziła spódnicę. Dopiero wtedy zeszła na dół, ostrożnie stawiając stopy w butach na wysokich obcasach.
Devin nic nie mówił. Czuł tak wiele rzeczy naraz. Tak wiele widział. Miał wrażenie, że od kilku miesięcy nie czuł się żywy - aż do teraz. Słońce grzało przez jego biały, klubowy strój. Zdjął czerwoną baseballówkę z głowy, otarł czoło. Miał zbyt długie włosy, skręcały się już w spiralki. Sam nie pamiętał, kiedy ostatnio je obcinał. Odłożył wszystko do czasu, kiedy się dowie, kiedy pozna werdykt. Teraz już wiedział. Będzie grał. Będzie żył.
         Słońce świeciło, igrając w rudych włosach Sarah, połyskując na jej skórzanej torebce i noskach szpilek. Ręka nie bolała. Devin nie wiedział, że się uśmiecha. Zobaczył to dopiero w odbitym uśmiechu swojej dziewczyny, drobnej i pięknej. Zarzuciła mu ręce na szyję, nie zważając na to, że kark miał mokry od potu.
- Dobry rzut. - powiedziała mu prosto do ucha.
- E tam. - próbował być skromny, chociaż nie mógł przestać się uśmiechać. - Babe Ruth by to odbił.
Skrzywiła się. Wiedziała, że Devin dobiera baseballowe żarty tak, by zrozumiała je nawet ona. Nie musiał jednak być aż tak oczywisty. Chociaż studiowała dziennikarstwo i nie interesowała się zupełnie sportem, zdążyła przy nim nauczyć się coś niecoś.
- Babe Ruth nie miał zgruchotanej prawej ręki. - próbowała zripostować.
- Dziecinko, on był mańkutem. - zaśmiał się i objął ją jeszcze mocniej, prychającą i obrażoną. Jak zwykle nie trafiła z odpowiedzią.
Próbowała się wyrwać. Trzymał ją mocno. Wreszcie odsunął się trochę, by spojrzeć jej w oczy.
- Skarbie. Zobacz tylko. Nie zauważyłaś nic?
Dla demonstracji opuścił lewe ramię i przytrzymał ją jedynie prawym, silnym jak imadło. Podniosła twarz tuż przy jego twarzy.
- Nie boli cię.
- Nie.
          Stali tak przez chwilę, patrząc na siebie. Błądziły im po głowach różne myśli. Pierwszy odezwał się Devin. Puścił dziewczynę i chwycił za rękę, prowadząc wzdłuż linii barierek.
- Gibson powiedział, że sam mam to ocenić. Poćwiczyć i przyjść na trening, kiedy będę gotowy. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, weźmie mnie na otwarcie sezonu. To już za dwa tygodnie.
- Właśnie o tym chciałam pomówić.
Sarah zatrzymała się. Opuściła głowę. Stanął tak, by widzieć jej twarz. Targnęło nim złe przeczucie. Tknięty niepokojem, wyciągnął rękę i lekko uniósł jej podbródek. Miała w oczach smutek, którego wcześniej nie było. Nie było, a może go nie dostrzegł? Zmieszany nie wiedział, co powiedzieć. Ona jednak kontynuowała.
- Adam wyjechał przedwczoraj. Jill i Dean wyjeżdżają dzisiaj. - zaczęła wyliczać. - Rose i Jess się pakują. Moi rodzice dzwonią od samego rana. Nie odbieram, bo nie wiem, co im powiedzieć.
Patrzył zdumiony. A więc o to chodziło.
- Sarah, przecież to jakaś głupota. Naprawdę się tym przejmujesz? - aż uśmiechnął się z ulgi. Bał się, że to coś poważnego.
- Tak. - spojrzała mu w oczy. - Wszyscy się tym przejmują! Tylko ty nie! Wszyscy nasi znajomi już opuścili miasto, nie zauważyłeś tego? Pewnie nie, skoro przejmujesz się tylko piłką i swoją ręką, a nie tym, co mówią w telewizji, że szpitale są pełne i żeby nie chodzić w publiczne miejsca i...! - urwała z braku powietrza.
Brzmiała naprawdę histerycznie. Nie wiedział, jak to powiedzieć, by jej nie urazić. Sam jednak czuł, jak rodzi się w nim złość.
- No to o co ci chodzi? Tak, przejmuję się piłką, ale przynajmniej siedzę sam na stadionie i nie mam od kogo się zarazić! Zachowuję środki ostrożności - skrzywił się przy tym wyświechtanym haśle - ale nie będę się wyprowadzał na dwa tygodnie przed rozpoczęciem sezonu! Z powodu telewizyjnej paniki w dodatku! Nie pamiętasz, jak to było? Ptasia grypa, świńska grypa czy coś, co roku coś się pojawia!
- To jest coś innego. Kiedy ostatni raz przeszedłeś się po mieście? Wszyscy się boją. Znaczy się, ci, którzy w ogóle zostali w Phoenix i wychodzą z domu.
Przyjrzał się jej. Mówiła poważnie. Nie pamiętał, by kiedykolwiek była taka poważna. I taka blada.
Słońce jakby przygasło.
- Kochanie - zaczął powoli, starając się brzmieć ugodowo - nie mogę teraz wyjechać. Skoro okazało się, że jestem w stanie trenować, nie mogę od teraz przegapić ani jednego treningu... Albo znowu będę uziemiony na cały sezon.
- Wolisz zostać i umrzeć? - drżał jej podbródek. Boże, w ogóle nie zachowywała się jak ona.
- Już nigdy się nie wybiję. - próbował tłumaczyć. - Sport nie wybacza takich przerw. Nie na moim szczeblu.
Odsunęła się, ściskając torbę rękami. W blasku powoli opadającego słońca jej włosy wydawały się ciemniejsze niż zwykle, oczy kryły się w cieniu. Już nigdy miał się nie dowiedzieć, co czyniło je tak podkrążonymi - kąt padania światła, nieprzespane noce czy tusz rozmazany od wilgoci, która nagle zamgliła jej spojrzenie.
- Wyjeżdżam. - powiedziała dziwnie bezosobowym głosem. Odwróciła się do niego tyłem.
Pamięta jak dziś: podniósł wtedy w jej stronę rękę, o której przez chwilę myślał, że jest zdrowa i pełna mocy. Teraz okazała się besilna. Bezwartościowa. Nie mógł zatrzymać nią Sarah. Jak się miało okazać, niczego nie udało mu się zatrzymać.
          Kiedy myśli o tym teraz, nie jest pewien, czy uniesioną ręką próbował ją przytrzymać przy sobie, czy może wskazywał drogę ucieczki. Nad nią, nad jego dłonią kilka metrów dalej świeciła się zielona tabliczka z białym człowieczkiem biegnącym do wyjścia. I jego dziewczyna przeszła przez te drzwi.
- Zadzwoń, jak wrócisz! - zawołał jeszcze i wtedy wydało mu się to ważne. Że nie zrywał niczego ostatecznie, że zostawiał jej otwartą furtkę. Że okazał dobrą wolę.
Tak naprawdę nie miało to znaczenia.