ROZDZIAŁ I
ODLICZANIE
Miesiąc do
końca świata
Kiedy próbował
pozbierać myśli i uporządkować to, co się stało, wciąż nie
mógł ustalić niektórych ważnych faktów. Podchodził do tego
zadania wielokrotnie, a pytania, które stawiał, z czasem zaczęły
się zmieniać. Nie zastanawiał się już, kto go sprzedał. Nie
tworzył w myślach listy ludzi, którym się naraził. Wciąż
odtwarzał w pamięci film z chwili, kiedy zdrada została
przypieczętowana, ale już nie próbował sobie wmówić, że mógł
tego uniknąć. Że mógł to przewidzieć. Że mógł uciekać.
Porzucił bezsilną furię, która darła go pazurami od środka jak
zaszyte żywcem zwierzę. Trochę dłużej zajęło, nim stopiła się
bryła lodu otaczająca jego serce - przeraźliwie zimna żądza
zemsty. To minęło. W jego ciele rozluźniły się spięte do bólu
mięśnie, a myśli stały się niemal obojętne. Niemal. Jedno
pytanie nie odeszło nawet wtedy, gdy zupełnie stracił
zainteresowanie swoją sytuacją. Wracało, kiedy leżał na plecach
z rękami pod głową, wpatrując się w biały sufit. Obserwował je
wtedy leniwie, obracał w myślach, niespiesznie analizował.
Pierwszy w życiu miał czas, by się zastanawiać nad czymś tak
długo. Zadziwiało go to, jak wiele rozmyśla.
Może to
dlatego, że w więzieniu wszystko trwa bardzo długo? Kiedy tylko
minął szok pierwszych dni, zaczął to rozumieć. Każda czynność
była rozciągnięta. Każda chwila rozwleczona do granic możliwości.
Czas deformował się i rwał jak piosenka odtwarzana na walkmanie o
wyczerpującej się baterii. Prowadzący rozmaite zajęcia -
gimnastykę, koło dyskusyjne, warsztaty artystyczne, jakąś
katechezę - ze wszystkich sił próbowali przerwać ten proces i
przywrócić czasowi jego normalny bieg. Na próżno. Nawet kiedy
biegał dookoła spacerniaka, nie czuł upływu czasu, tak samo jak
nie czuł zmęczenia. Jego umysł powracał do pytania, które zawsze
czaiło się w głębi czaszki. Biegł wtedy coraz wolniej,
pokasłując i nie patrząc pod nogi. Wreszcie zatrzymywał się -
zgięty w duszącym kaszlu, ale ciągle obojętny. Interesowało go
tylko jedno. Kiedy krąg zaczął się zaciskać?
Im dłużej
porządkował wspomnienia, tym bardziej przesuwał do tyłu granicę,
od której wszystko zaczęło iść źle. To, co początkowo było
nagłą odmianą losu, stawało się w jego głowie logiczną
konsekwencją wielu wcześniejszych decyzji. Chociaż tak naprawdę
zobaczył policjantów dopiero, gdy stali nie więcej niż
dwadzieścia metrów od niego, w jego snach wyglądało to inaczej.
Byli tam zawsze, w mroku za jego plecami. Krąg zaciskał się od
dawna, jak pętla na szyi, na początku luźna i zupełnie
nieprzeszkadzająca, łatwa do zrzucenia w każdej chwili. Później,
gdy zaczęła być nieprzyjemnie ciasna, nie dało się już zdjąć
jej przez głowę. Szarpanie się tylko zaciskało sznur, ostry sznur
tnący skórę. Był osaczony, skazany. Przywiązany do tego miejsca
jak pies.
Budził się
wtedy, i to były jedyne chwile, kiedy czas przyśpieszał. Dyszał
ciężko, łapiąc powietrze otwartymi spazmatycznie ustami. Próbował
sobie wmówić, że nic gorszego już go nie spotka, że już po
wszystkim. Ale gdzieś w głębi skręconego z bólu żołądka
wiedział, że krąg się zaciska. Nie wiedział jeszcze tylko, co to
za krąg.
Nie zdążył
wtedy złapać i zrozumieć tego nieuchwytnego przeczucia. Rankiem
znikało, ustępując miejsca zwykłej obojętności, a czas znowu
zwalniał. Może gdyby mógł porozmawiać z więziennym psychologiem
nocą, umiałby dobrać właściwie słowa i ostrzec go, ostrzec
wszystkich. Ale za dnia już niczego się nie bał. I nawet jeśli
było jakieś zagrożenie, nie chciał ratować przed nim ani siebie,
ani świata.
Lekarz
osłuchał jego płuca, pielęgniarka pobrała krew, ktoś zmierzył
mu temperaturę. Nie pamięta, kto pierwszy patrzył na niego tym
charakterystycznym wzrokiem, w którym walczyła surowa,
profesjonalna obojętność, smutek i jakby oskarżenie. Jak mógł
się doprowadzić do takiego stanu? Dlaczego musiał sprawiać
problemy?
- Nie byłeś
szczepiony, co? Mój Boże, tego nam tutaj brakowało. - powiedział
lekarz.
- Ma pan
depresję. - powiedział psycholog.
Nie wiedział,
na jakim oddziale go umieszczono. Jego pokój był jasny i pachniał
kwiatami. Nigdy nie obrócił głowy na bok i nie spojrzał, czy
naprawdę na stoliku stoją jakieś kwiaty, czy to tylko zapach płynu
do podłóg. Tak samo nie interesowało go jedzenie, które
przynosiła czarnoskóra pielęgniarka, połyskująca srebrnymi oprawkami okularów. Nie dawała mu
spokoju i jadł kilka kęsów, zanim pozwoliła mu łyknąć
tabletki. Niektóre z nich działały, bo z czasem polubił jej
towarzystwo. Nadal nie rozglądał się po pokoju, ale podnosił
wzrok, gdy przysiadała na skraju jego łóżka i mówiła. Po dziś
dzień nie może sobie przypomnieć, o czym właściwie gadała.
Pamięta tylko słońce wlewające się przez okno, jej ciepły, żywy
głos i zapach kwiatów. Krąg się zaciskał, ale już nie budziło
go to w nocy. Spał spokojnie, nie oczekując dłużej na koniec
świata.
Jego świat się
skończył.
Super opko =)
OdpowiedzUsuńPodoba mi sie że wszystko można zrozumieć mimo, że nie podałaś żadnych konkretów.
I jak mówiłem, lubię tę całą metaforę opętli.
Pisz dalej :}
Ja chce więcej, ja chce więcej!
OdpowiedzUsuńNie mogę się doczekać aż dojdziesz do mojej postaci.
Czekam na następny fragment.
Pisz!!!
Nie wiem na co czekasz, dalej, daaaalej. :D
OdpowiedzUsuńTylko daj coś innego zamiast zombie. Śmiercionośne koto-pingwiny ujeżdżające dzikie strusie? Brzmi dobrze.
Dafuq is metafora opętli? :(
Zombie to temat o nieprawdopodobnym potencjale, trzeba tylko znaleźć dla nich odpowiedni odcień (nie mam tu na myśli dylematu: zgniłozielony czy może sinofioletowy :P). A czym jest opętla trzeba pytać Reqa :D
OdpowiedzUsuń