czwartek, 14 lutego 2013


ROZDZIAŁ I

ODLICZANIE


Dzień końca świata
 


        Jeszcze raz omiótł wzrokiem mieszkanie. Było czyste i ciche, bardziej podobne do hotelu. Z samego rana, kiedy już spakował walizkę, porządnie odkurzył wykładziny i zasłał łóżko brązowym kocem. Nie potrafił wygładzić go tak, by na środku nie tworzyła się ukośna zmarszczka. Debra potrafiłaby to zrobić.
       Odkąd jej nie było, w ich wspólnym mieszkaniu powoli, nieubłaganie smutek anektował coraz to nowe obszary. Koszule, które wyprał razem ze swoim ciemnym uniformem, wisiały na suszarce w poszarzałym, przygnębiającym szeregu. Stojącemu w rogu salonu aloesowi zbrązowiały i opadły końce liści. Nawet koc na łóżku nie chciał leżeć równo. Minął zaledwie tydzień, odkąd nie poprawiała go cierpliwa ręka Debry. Zmarszczki, szarość, opuszczone ramiona jeszcze niedawno silnej rośliny. Greg wiedział, że z nim jest tak samo, jak z tym mieszkaniem.
       Zanim wyszedł, postanowił jeszcze opuścić rolety. Przeszedł w butach po świeżo odkurzonej podłodze. Światło przedpołudnia zmieniło się mętną, brzoskwiniową poświatę. Odchodząc, dostrzegł coś, czego prawie byłby zapomniał. Powoli podszedł do komody. Chociaż postaci na dwóch czarno-białych zdjęciach były słabo widoczne, znał je dobrze i rozpoznawał nawet w półmroku. Gdy chował fotografie do torby, dotarło do niego uczucie, które od wczoraj majaczyło gdzieś w klatce piersiowej. Nawet sprzątając i pakując się, nadal nie dopuszczał do siebie tej myśli. Teraz jednak, gdy ostrożnie dopinał zasuwak wypchanej walizki, uderzyło go ono z całą dobitnością. Nie wiedział, kiedy tu wróci. Nie wiedział, czy kiedykolwiek.
Może to i lepiej. I tak nie potrafił już tu mieszkać. Mimo to jednak poczuł ścisk w żołądku, zamykając drzwi na klucz.
        Jaskrawe słońce oślepiło go na moment, gdy wyjeżdżał z garażu. Gdy oczy przyzwyczaiły się do blasku, rozejrzał się po ulicy. Była wyludniona - spodziewał się tego, a jednak niecodzienny widok zdziwił go nieprzyjemnie. Mimo to znajome otoczenie spieczonych upałem trawników i jasnobłękitnego, prawie białego nieba powoli odganiało przygnębienie. W oddali rysowały się łagodne, zaokrąglone szczyty gór. Warkot silnika jego starego pontiaca również był przyjemny - kojarzył mu się z nowym dniem równie mocno, co smak porannej kawy. Chciałby pomachać do sąsiada, przyjąć gazetę roznosiciela, z którym często zamieniał kilka słów, stojąc na światłach. Dzielnica była jednak całkowicie opustoszała. To dobrze, pomyślał. Zdążyli ich już ewakuować.
       Cisza jednak doskwierała. Po chwili namysłu Greg włączył dawno niesłuchane radio. Samochód wypełnił się delikatnymi dźwiękami. Nina Simone śpiewała ciepłym, chrapliwym głosem. Bright before me the signs implore me: help the needy and show them the way. Human kindness is overflowing, and I think it's gonna rain today... Kiedy siedział za kierownicą, w myślach zawsze analizował, co ma dzisiaj do zrobienia. Póki był w mieszkaniu, myśl o dzisiejszym zadaniu była nieprzyjemna. Teraz jednak, już w drodze do pracy, czuł wzbierającą w sobie mobilizację. Organizowanie ostatniej fazy ewakuacji wymagało od niego bycia energicznym i opanowanym zarazem. Jako pracownik socjalny nauczył się działać w ten sposób na codzień. Teraz jednak sytuacja była szczególnie delikatna. Bardziej niż zwykle musiał uważać, by nie wzmóc w ludziach niepokoju, a jednocześnie nie mógł im ulegać. Nie bał się ewentualnej szarpaniny; unieruchamianie agresywnych lub rozhisteryzowanych ludzi było niemal jego codziennością. Gdy rozglądał się po opustoszałym mieście, coraz natrętniej przypominały mu się komunikaty telewizyjne z ostatnich dni. Zarażeni, których próbowano izolować w szpitalach, stawiali opór. Sanitariusze i lekarze, chociaż próbujący działać z dużą ostrożnością, coraz częściej wychodzili ranni z interwencji. Wiadomości na internecie Greg sprawdził tylko raz. Panował tam jeszzce większy chaos niż w telewizji. Jak zwykle komentarze roiły od plotek, teorii spiskowych i głosów sprzeciwu wobec rosnącej brutalności służb porządkowych.
         On wiedział więcej, niż podawano w telewizji. Nie musiał snuć domysłów na forach. Nie był mężczyzną lękliwym ani impulsywnym; szkolenia i doświadczenie dawały mu poczucie siły i pewność siebie. Mimo to ciężar kabury na biodrze uspokajał go. Przed wybuchem epidemii był zdania, że noszenie broni na widoku może prowokować ludzi, których przecież starał się uspokajać, wyprowadzać na prostą, którym pomagał porządkować życie. Teraz było inaczej - ewakuowanie jak największej ilości ludzi, niezależnie od ich nastawienia, stało się priorytetem. Należało działać bardziej stanowczo. Nie spodziewał się znaleźć w takiej sytuacji. Był jednak do niej przygotowany.
         Zaparkował pontiaca równolegle do krawędzi ulicy. Centrum Leczenia Uzależnień, przed którym mieli zbierać się ostatni pozostali na miejscu mieszkańcy Phoenix, było zamknięte. Nie było widać żadnych ludzi na schodach. Klockowaty budynek, pomalowany na pogodny żółty kolor, wyglądał na całkowicie opuszczony. Greg zmarszczył brwi, wysiadając. Spodziewał się zastać tu przynajmniej niewielką gromadę ludzi siedzących na bagażach. Nikt nie rzucił się do niego z pytaniami, pretensjami, czymkolwiek. Wspiął się pod drzwi budynku, rzucił okiem na plakat informacyjny. Dla pewności spojrzał jeszcze na zegarek. Nie pomylił się; za pół godziny ktoś miał po nich podjechać. We wczorajszym telefonie usłyszał od szefa, że być może wyślą wojskowy wóz z niewielką załogą - ponoć poprzedni transport napotkał trudności na wyjeździe z miasta. Jakie trudności? Tego szef mu nie wyjaśnił. Zostali zaatakowani? Wybuchła panika?
        Rozejrzał się jeszcze raz. Niepewny, co robić, wyjął klucze i otworzył drzwi budynku. Obszedł parter - światła były pogaszone, pomieszczenia pozamykane. Panował chłód, od którego zjeżyły mu się włoski na przedramionach. Sam nie wiedział, czego się spodziewał: może jakichś dodatkowych instrukcji? Mógł po nie przecież zadzwonić. Szukając telefonu w kieszeni, postanowił jeszcze się wstrzymać. Sytuacja była wyjątkowa. Powinien radzić sobie sam. Przecież nic się nie stało. Tyle tylko, że nikt nie przyszedł. Nie miał kogo ewakuować.
Wyszedł przed Centrum, zamknął starannie drzwi za sobą. Znowu oślepiło go słońce. Sięgnął do kieszonki na piersi i wyjął okulary. Nasuwając je na twarz, odwrócił się w stronę ulicy.
Właśnie wtedy ich zobaczył.
        Przez ciemne szkła wydawali się wyprani z barw. Szli powolnym krokiem. Na początku wydawał się po prostu nieśpieszny; gdy przyjrzał się dokładniej, miał wrażenie, że idą, jakby coś ich bolało - z wysiłkiem, z trudem prostując nogi po każdym zgięciu kolan. Mężczyzna i kobieta. Krótkie spodnie i rękawy pokazywały jej bladą skórę. Przez okulary przeciwsłoneczne wydawała się poszarzała, wręcz sina. Mokre włosy kobiety zwisały w nieładzie na oczy. Jej towarzysz miał na sobie koszulkę polo, której kołnierzyk i tors były zalane ciemną cieczą, połyskliwą, jeszcze niewyschłą mimo upału. Nie mieli żadnych bagaży.
Uśmiechnął się i zaczął schodzić po schodach. Jego uśmiech po części był elementem służbowego wyglądu, ale poza tym naprawdę cieszył się, że jednak ktoś się pojawił. Ci dwoje wyglądali, jakby sporo przeszli w ostatnich dniach. Może to bezdomni? Tym bardziej trzeba sprawiać przyjazne wrażenie. Bezdomni zwykle patrzą nieufnie na pracowników socjalnych.
Był już na dole, gdy usłyszał przenikliwy pisk hamulców. Zza zakrętu wyjechał masywny SUV z przyciemnianymi szybami. Kierowca niemal spalił opony, zatrzymując rozpędzone auto przed budynkiem. Gdy pisk ciągle jeszcze brzmiał w uszach Grega, z drugiej strony ulicy zauważył powoli jadący drugi samochód, stary, czerwony chevrolet.
Przeskakując wzrokiem z prawa na lewo, mężczyzna nie zauważył, gdy dwójka ludzi zbliżyła się do niego. Musieli iść szybciej niż wtedy, gdy się im przyglądał. Tknął go nagły niepokój.
- Dzień dobry! - powiedział głośno.
Nie odpowiedzieli, zatrzymali się jednak w miejscu, jak na komendę. Usłyszał krzyk z wnętrza czarnego SUVa. Kierowca opuszczał szybę, wołając coś do niego. Miał przestraszony głos. Kobieta podniosła głowę, odwracając się w stronę, z której dobiegał dźwięk. Włosy opadły jej z twarzy.

Wtedy Greg zobaczył jej oczy.



2 komentarze:

  1. Bardzo ładny, spokojny fragment. Podoba mi się jak prawdziwie opisałaś myślenie opuszczonej osoby, zwłaszcza tę fiksację na przedmiotach. Jestem bardzo ciekaw jak opiszesz wszystko dalej :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo dobrze korespondujący z całością fragment. Akcja płynie w przyjemnym tępie i człowiek już czuje co może się czaić za każdym zakrętem.
    A w tle taka spokojna muzyka.
    Pisz dalej bo chcę dalej czytać.

    OdpowiedzUsuń