ROZDZIAŁ I
ODLICZANIE
Dzień końca świata
Jeszcze
raz omiótł wzrokiem mieszkanie. Było czyste i ciche, bardziej
podobne do hotelu. Z samego rana, kiedy już spakował walizkę,
porządnie odkurzył wykładziny i zasłał łóżko brązowym kocem.
Nie potrafił wygładzić go tak, by na środku nie tworzyła się
ukośna zmarszczka. Debra potrafiłaby to zrobić.
Odkąd
jej nie było, w ich wspólnym mieszkaniu powoli, nieubłaganie
smutek anektował coraz to nowe obszary. Koszule, które wyprał
razem ze swoim ciemnym uniformem, wisiały na suszarce w poszarzałym,
przygnębiającym szeregu. Stojącemu w rogu salonu aloesowi
zbrązowiały i opadły końce liści. Nawet koc na łóżku nie
chciał leżeć równo. Minął zaledwie tydzień, odkąd nie
poprawiała go cierpliwa ręka Debry. Zmarszczki, szarość,
opuszczone ramiona jeszcze niedawno silnej rośliny. Greg wiedział,
że z nim jest tak samo, jak z tym mieszkaniem.
Zanim
wyszedł, postanowił jeszcze opuścić rolety. Przeszedł w butach
po świeżo odkurzonej podłodze. Światło przedpołudnia zmieniło
się mętną, brzoskwiniową poświatę. Odchodząc, dostrzegł coś,
czego prawie byłby zapomniał. Powoli podszedł do komody. Chociaż postaci
na dwóch czarno-białych zdjęciach były słabo widoczne, znał je dobrze i rozpoznawał nawet w półmroku. Gdy chował
fotografie do torby, dotarło do niego uczucie, które od wczoraj
majaczyło gdzieś w klatce piersiowej. Nawet sprzątając i pakując
się, nadal nie dopuszczał do siebie tej myśli. Teraz jednak, gdy
ostrożnie dopinał zasuwak wypchanej walizki, uderzyło go ono z
całą dobitnością. Nie wiedział, kiedy tu wróci. Nie wiedział,
czy kiedykolwiek.
Może
to i lepiej. I tak nie potrafił już tu mieszkać. Mimo to jednak
poczuł ścisk w żołądku, zamykając drzwi na klucz.
Jaskrawe
słońce oślepiło go na moment, gdy wyjeżdżał z garażu. Gdy
oczy przyzwyczaiły się do blasku, rozejrzał się po ulicy. Była
wyludniona - spodziewał się tego, a jednak niecodzienny widok zdziwił go nieprzyjemnie. Mimo to znajome otoczenie spieczonych upałem trawników
i jasnobłękitnego, prawie białego nieba powoli odganiało
przygnębienie. W oddali rysowały się łagodne, zaokrąglone
szczyty gór. Warkot silnika jego starego pontiaca również był
przyjemny - kojarzył mu się z nowym dniem równie mocno, co smak
porannej kawy. Chciałby pomachać do sąsiada, przyjąć gazetę
roznosiciela, z którym często zamieniał kilka słów, stojąc na
światłach. Dzielnica była jednak całkowicie opustoszała. To
dobrze, pomyślał. Zdążyli ich już ewakuować.
Cisza
jednak doskwierała. Po chwili namysłu Greg włączył dawno
niesłuchane radio. Samochód wypełnił się delikatnymi dźwiękami.
Nina Simone śpiewała ciepłym, chrapliwym głosem.
Bright
before me the signs implore me: help the needy and show them the way.
Human kindness is overflowing, and I think it's gonna rain today... Kiedy
siedział za kierownicą, w myślach zawsze analizował, co ma
dzisiaj do zrobienia. Póki był w mieszkaniu, myśl o dzisiejszym
zadaniu była nieprzyjemna. Teraz jednak, już w drodze do pracy,
czuł wzbierającą w sobie mobilizację. Organizowanie ostatniej
fazy ewakuacji wymagało od niego bycia energicznym i opanowanym
zarazem. Jako pracownik socjalny nauczył się działać w ten sposób
na codzień. Teraz jednak sytuacja była szczególnie delikatna.
Bardziej niż zwykle musiał uważać, by nie wzmóc w ludziach
niepokoju, a jednocześnie nie mógł im ulegać. Nie bał się
ewentualnej szarpaniny; unieruchamianie agresywnych lub
rozhisteryzowanych ludzi było niemal jego codziennością. Gdy
rozglądał się po opustoszałym mieście, coraz natrętniej
przypominały mu się komunikaty telewizyjne z ostatnich dni.
Zarażeni, których próbowano izolować w szpitalach, stawiali opór.
Sanitariusze i lekarze, chociaż próbujący działać z dużą
ostrożnością, coraz częściej wychodzili ranni z interwencji.
Wiadomości na internecie Greg sprawdził tylko raz. Panował tam
jeszzce większy chaos niż w telewizji. Jak zwykle komentarze roiły
od plotek, teorii spiskowych i głosów sprzeciwu wobec rosnącej
brutalności służb porządkowych.
On wiedział
więcej, niż podawano w telewizji. Nie musiał snuć domysłów na
forach. Nie był mężczyzną lękliwym ani impulsywnym; szkolenia i
doświadczenie dawały mu poczucie siły i pewność siebie. Mimo to
ciężar kabury na biodrze uspokajał go. Przed wybuchem epidemii był
zdania, że noszenie broni na widoku może prowokować ludzi, których
przecież starał się uspokajać, wyprowadzać na prostą, którym
pomagał porządkować życie. Teraz było inaczej - ewakuowanie jak
największej ilości ludzi, niezależnie od ich nastawienia, stało
się priorytetem. Należało działać bardziej stanowczo. Nie
spodziewał się znaleźć w takiej sytuacji. Był jednak do niej
przygotowany.
Zaparkował pontiaca równolegle do krawędzi ulicy. Centrum Leczenia Uzależnień,
przed którym mieli zbierać się ostatni pozostali na miejscu
mieszkańcy Phoenix, było zamknięte. Nie było widać żadnych
ludzi na schodach. Klockowaty budynek, pomalowany na pogodny żółty
kolor, wyglądał na całkowicie opuszczony. Greg zmarszczył brwi,
wysiadając. Spodziewał się zastać tu przynajmniej niewielką
gromadę ludzi siedzących na bagażach. Nikt nie rzucił się do
niego z pytaniami, pretensjami, czymkolwiek. Wspiął się pod drzwi
budynku, rzucił okiem na plakat informacyjny. Dla pewności spojrzał
jeszcze na zegarek. Nie pomylił się; za pół godziny ktoś miał
po nich podjechać. We wczorajszym telefonie usłyszał od szefa, że
być może wyślą wojskowy wóz z niewielką załogą - ponoć
poprzedni transport napotkał trudności na wyjeździe z miasta.
Jakie trudności? Tego szef mu nie wyjaśnił. Zostali zaatakowani?
Wybuchła panika?
Rozejrzał się
jeszcze raz. Niepewny, co robić, wyjął klucze i otworzył drzwi
budynku. Obszedł parter - światła były pogaszone, pomieszczenia
pozamykane. Panował chłód, od którego zjeżyły mu się włoski
na przedramionach. Sam nie wiedział, czego się spodziewał: może
jakichś dodatkowych instrukcji? Mógł po nie przecież zadzwonić.
Szukając telefonu w kieszeni, postanowił jeszcze się wstrzymać.
Sytuacja była wyjątkowa. Powinien radzić sobie sam. Przecież nic
się nie stało. Tyle tylko, że nikt nie przyszedł. Nie miał kogo
ewakuować.
Wyszedł przed
Centrum, zamknął starannie drzwi za sobą. Znowu oślepiło go
słońce. Sięgnął do kieszonki na piersi i wyjął okulary.
Nasuwając je na twarz, odwrócił się w stronę ulicy.
Właśnie wtedy ich
zobaczył.
Przez ciemne szkła
wydawali się wyprani z barw. Szli powolnym krokiem. Na początku
wydawał się po prostu nieśpieszny; gdy przyjrzał się dokładniej,
miał wrażenie, że idą, jakby coś ich bolało - z wysiłkiem, z
trudem prostując nogi po każdym zgięciu kolan. Mężczyzna i
kobieta. Krótkie spodnie i rękawy pokazywały jej bladą skórę.
Przez okulary przeciwsłoneczne wydawała się poszarzała, wręcz
sina. Mokre włosy kobiety zwisały w nieładzie na oczy. Jej
towarzysz miał na sobie koszulkę polo, której kołnierzyk i tors
były zalane ciemną cieczą, połyskliwą, jeszcze niewyschłą mimo
upału. Nie mieli żadnych bagaży.
Uśmiechnął się
i zaczął schodzić po schodach. Jego uśmiech po części był
elementem służbowego wyglądu, ale poza tym naprawdę cieszył się,
że jednak ktoś się pojawił. Ci dwoje wyglądali, jakby sporo
przeszli w ostatnich dniach. Może to bezdomni? Tym bardziej trzeba
sprawiać przyjazne wrażenie. Bezdomni zwykle patrzą nieufnie na
pracowników socjalnych.
Był już na dole,
gdy usłyszał przenikliwy pisk hamulców. Zza zakrętu wyjechał
masywny SUV z przyciemnianymi szybami. Kierowca niemal spalił opony,
zatrzymując rozpędzone auto przed budynkiem. Gdy pisk ciągle
jeszcze brzmiał w uszach Grega, z drugiej strony ulicy zauważył
powoli jadący drugi samochód, stary, czerwony chevrolet.
Przeskakując
wzrokiem z prawa na lewo, mężczyzna nie zauważył, gdy dwójka
ludzi zbliżyła się do niego. Musieli iść szybciej niż wtedy,
gdy się im przyglądał. Tknął go nagły niepokój.
- Dzień dobry! -
powiedział głośno.
Nie odpowiedzieli,
zatrzymali się jednak w miejscu, jak na komendę. Usłyszał krzyk z
wnętrza czarnego SUVa. Kierowca opuszczał szybę, wołając coś do
niego. Miał przestraszony głos. Kobieta podniosła głowę,
odwracając się w stronę, z której dobiegał dźwięk. Włosy
opadły jej z twarzy.
Wtedy Greg zobaczył
jej oczy.