czwartek, 14 lutego 2013


ROZDZIAŁ I

ODLICZANIE


Dzień końca świata
 


        Jeszcze raz omiótł wzrokiem mieszkanie. Było czyste i ciche, bardziej podobne do hotelu. Z samego rana, kiedy już spakował walizkę, porządnie odkurzył wykładziny i zasłał łóżko brązowym kocem. Nie potrafił wygładzić go tak, by na środku nie tworzyła się ukośna zmarszczka. Debra potrafiłaby to zrobić.
       Odkąd jej nie było, w ich wspólnym mieszkaniu powoli, nieubłaganie smutek anektował coraz to nowe obszary. Koszule, które wyprał razem ze swoim ciemnym uniformem, wisiały na suszarce w poszarzałym, przygnębiającym szeregu. Stojącemu w rogu salonu aloesowi zbrązowiały i opadły końce liści. Nawet koc na łóżku nie chciał leżeć równo. Minął zaledwie tydzień, odkąd nie poprawiała go cierpliwa ręka Debry. Zmarszczki, szarość, opuszczone ramiona jeszcze niedawno silnej rośliny. Greg wiedział, że z nim jest tak samo, jak z tym mieszkaniem.
       Zanim wyszedł, postanowił jeszcze opuścić rolety. Przeszedł w butach po świeżo odkurzonej podłodze. Światło przedpołudnia zmieniło się mętną, brzoskwiniową poświatę. Odchodząc, dostrzegł coś, czego prawie byłby zapomniał. Powoli podszedł do komody. Chociaż postaci na dwóch czarno-białych zdjęciach były słabo widoczne, znał je dobrze i rozpoznawał nawet w półmroku. Gdy chował fotografie do torby, dotarło do niego uczucie, które od wczoraj majaczyło gdzieś w klatce piersiowej. Nawet sprzątając i pakując się, nadal nie dopuszczał do siebie tej myśli. Teraz jednak, gdy ostrożnie dopinał zasuwak wypchanej walizki, uderzyło go ono z całą dobitnością. Nie wiedział, kiedy tu wróci. Nie wiedział, czy kiedykolwiek.
Może to i lepiej. I tak nie potrafił już tu mieszkać. Mimo to jednak poczuł ścisk w żołądku, zamykając drzwi na klucz.
        Jaskrawe słońce oślepiło go na moment, gdy wyjeżdżał z garażu. Gdy oczy przyzwyczaiły się do blasku, rozejrzał się po ulicy. Była wyludniona - spodziewał się tego, a jednak niecodzienny widok zdziwił go nieprzyjemnie. Mimo to znajome otoczenie spieczonych upałem trawników i jasnobłękitnego, prawie białego nieba powoli odganiało przygnębienie. W oddali rysowały się łagodne, zaokrąglone szczyty gór. Warkot silnika jego starego pontiaca również był przyjemny - kojarzył mu się z nowym dniem równie mocno, co smak porannej kawy. Chciałby pomachać do sąsiada, przyjąć gazetę roznosiciela, z którym często zamieniał kilka słów, stojąc na światłach. Dzielnica była jednak całkowicie opustoszała. To dobrze, pomyślał. Zdążyli ich już ewakuować.
       Cisza jednak doskwierała. Po chwili namysłu Greg włączył dawno niesłuchane radio. Samochód wypełnił się delikatnymi dźwiękami. Nina Simone śpiewała ciepłym, chrapliwym głosem. Bright before me the signs implore me: help the needy and show them the way. Human kindness is overflowing, and I think it's gonna rain today... Kiedy siedział za kierownicą, w myślach zawsze analizował, co ma dzisiaj do zrobienia. Póki był w mieszkaniu, myśl o dzisiejszym zadaniu była nieprzyjemna. Teraz jednak, już w drodze do pracy, czuł wzbierającą w sobie mobilizację. Organizowanie ostatniej fazy ewakuacji wymagało od niego bycia energicznym i opanowanym zarazem. Jako pracownik socjalny nauczył się działać w ten sposób na codzień. Teraz jednak sytuacja była szczególnie delikatna. Bardziej niż zwykle musiał uważać, by nie wzmóc w ludziach niepokoju, a jednocześnie nie mógł im ulegać. Nie bał się ewentualnej szarpaniny; unieruchamianie agresywnych lub rozhisteryzowanych ludzi było niemal jego codziennością. Gdy rozglądał się po opustoszałym mieście, coraz natrętniej przypominały mu się komunikaty telewizyjne z ostatnich dni. Zarażeni, których próbowano izolować w szpitalach, stawiali opór. Sanitariusze i lekarze, chociaż próbujący działać z dużą ostrożnością, coraz częściej wychodzili ranni z interwencji. Wiadomości na internecie Greg sprawdził tylko raz. Panował tam jeszzce większy chaos niż w telewizji. Jak zwykle komentarze roiły od plotek, teorii spiskowych i głosów sprzeciwu wobec rosnącej brutalności służb porządkowych.
         On wiedział więcej, niż podawano w telewizji. Nie musiał snuć domysłów na forach. Nie był mężczyzną lękliwym ani impulsywnym; szkolenia i doświadczenie dawały mu poczucie siły i pewność siebie. Mimo to ciężar kabury na biodrze uspokajał go. Przed wybuchem epidemii był zdania, że noszenie broni na widoku może prowokować ludzi, których przecież starał się uspokajać, wyprowadzać na prostą, którym pomagał porządkować życie. Teraz było inaczej - ewakuowanie jak największej ilości ludzi, niezależnie od ich nastawienia, stało się priorytetem. Należało działać bardziej stanowczo. Nie spodziewał się znaleźć w takiej sytuacji. Był jednak do niej przygotowany.
         Zaparkował pontiaca równolegle do krawędzi ulicy. Centrum Leczenia Uzależnień, przed którym mieli zbierać się ostatni pozostali na miejscu mieszkańcy Phoenix, było zamknięte. Nie było widać żadnych ludzi na schodach. Klockowaty budynek, pomalowany na pogodny żółty kolor, wyglądał na całkowicie opuszczony. Greg zmarszczył brwi, wysiadając. Spodziewał się zastać tu przynajmniej niewielką gromadę ludzi siedzących na bagażach. Nikt nie rzucił się do niego z pytaniami, pretensjami, czymkolwiek. Wspiął się pod drzwi budynku, rzucił okiem na plakat informacyjny. Dla pewności spojrzał jeszcze na zegarek. Nie pomylił się; za pół godziny ktoś miał po nich podjechać. We wczorajszym telefonie usłyszał od szefa, że być może wyślą wojskowy wóz z niewielką załogą - ponoć poprzedni transport napotkał trudności na wyjeździe z miasta. Jakie trudności? Tego szef mu nie wyjaśnił. Zostali zaatakowani? Wybuchła panika?
        Rozejrzał się jeszcze raz. Niepewny, co robić, wyjął klucze i otworzył drzwi budynku. Obszedł parter - światła były pogaszone, pomieszczenia pozamykane. Panował chłód, od którego zjeżyły mu się włoski na przedramionach. Sam nie wiedział, czego się spodziewał: może jakichś dodatkowych instrukcji? Mógł po nie przecież zadzwonić. Szukając telefonu w kieszeni, postanowił jeszcze się wstrzymać. Sytuacja była wyjątkowa. Powinien radzić sobie sam. Przecież nic się nie stało. Tyle tylko, że nikt nie przyszedł. Nie miał kogo ewakuować.
Wyszedł przed Centrum, zamknął starannie drzwi za sobą. Znowu oślepiło go słońce. Sięgnął do kieszonki na piersi i wyjął okulary. Nasuwając je na twarz, odwrócił się w stronę ulicy.
Właśnie wtedy ich zobaczył.
        Przez ciemne szkła wydawali się wyprani z barw. Szli powolnym krokiem. Na początku wydawał się po prostu nieśpieszny; gdy przyjrzał się dokładniej, miał wrażenie, że idą, jakby coś ich bolało - z wysiłkiem, z trudem prostując nogi po każdym zgięciu kolan. Mężczyzna i kobieta. Krótkie spodnie i rękawy pokazywały jej bladą skórę. Przez okulary przeciwsłoneczne wydawała się poszarzała, wręcz sina. Mokre włosy kobiety zwisały w nieładzie na oczy. Jej towarzysz miał na sobie koszulkę polo, której kołnierzyk i tors były zalane ciemną cieczą, połyskliwą, jeszcze niewyschłą mimo upału. Nie mieli żadnych bagaży.
Uśmiechnął się i zaczął schodzić po schodach. Jego uśmiech po części był elementem służbowego wyglądu, ale poza tym naprawdę cieszył się, że jednak ktoś się pojawił. Ci dwoje wyglądali, jakby sporo przeszli w ostatnich dniach. Może to bezdomni? Tym bardziej trzeba sprawiać przyjazne wrażenie. Bezdomni zwykle patrzą nieufnie na pracowników socjalnych.
Był już na dole, gdy usłyszał przenikliwy pisk hamulców. Zza zakrętu wyjechał masywny SUV z przyciemnianymi szybami. Kierowca niemal spalił opony, zatrzymując rozpędzone auto przed budynkiem. Gdy pisk ciągle jeszcze brzmiał w uszach Grega, z drugiej strony ulicy zauważył powoli jadący drugi samochód, stary, czerwony chevrolet.
Przeskakując wzrokiem z prawa na lewo, mężczyzna nie zauważył, gdy dwójka ludzi zbliżyła się do niego. Musieli iść szybciej niż wtedy, gdy się im przyglądał. Tknął go nagły niepokój.
- Dzień dobry! - powiedział głośno.
Nie odpowiedzieli, zatrzymali się jednak w miejscu, jak na komendę. Usłyszał krzyk z wnętrza czarnego SUVa. Kierowca opuszczał szybę, wołając coś do niego. Miał przestraszony głos. Kobieta podniosła głowę, odwracając się w stronę, z której dobiegał dźwięk. Włosy opadły jej z twarzy.

Wtedy Greg zobaczył jej oczy.



piątek, 2 listopada 2012


ROZDZIAŁ I

ODLICZANIE


Tydzień do końca świata
   

          Do tego momentu wszystko wyglądało perfekcyjnie. Jasnozłote popołudniowe światło nadawało kolorom niezwykłą intensywność. Wzrok Devina przemierzył drogę od kwadratu soczystej trawy, na której stał, przez wyznaczający granicę bazy pas brązowej ziemi, rozległe pole stadionu aż po trybuny. Nie było na nich nikogo; jedyna osoba, która miała przyglądać się jego rzutowi, siedziała gdzieś z boku.
          Nie odwrócił głowy, by na nią spojrzeć. Wystarczyła świadomość, że tam jest. Czuł niemal namacalnie wsparcie płynące od niej. Ale by rzucić dobrze, musiał zapomnieć na chwilę o wszystkim naokoło. Musiał skupić się na tym, co jest tak blisko, że bliżej być nie może. Na fakturze piłki, pasującej do jego dłoni tak dobrze, jakby się z nią urodził. Pogłaskał palcem wypukły szew, obrócił piłkę, próbując nadać jej idealne ustawienie. Powoli, precyzyjnie uniósł zgiętą nogę do wykroku, prawą rękę wycofując za plecy. Na krótki moment zastygł w bezruchu. Potem wystrzelił do przodu, miotając piłkę wysokim, podkręconym rzutem - prosto w słońce. Opadł na prawą nogę, wyhamowując siłę rozpędu rwącą całym ciałem. Do tego momentu wszystko wyglądało perfekcyjnie. Bardzo, bardzo chciał, by tak pozostało.
          Nie spojrzał w słońce. Nie podniósł nawet głowy. Piłka podskakiwała po murawie gdzieś daleko, na drugim końcu stadionu. Nie interesowało go to, gdzie dorzucił. Musiał sprawdzić coś innego. Wyprostował się wolno, patrząc na swoją prawą rękę. Zmarszczył brwi. Jakby nie dowierzając, uniósł palce lewej ręki i dotknął zgięcia łokcia. Przesunął jasnymi opuszkami po twardym mięśniu przedramienia, wyraźnie odznaczających się żyłach, łokciu. Przyglądał się swojej brązowej, lśniącej od potu ręce, jakby widział ją pierwszy raz w życiu. Nieważne, gdzie spadła piłka. Mogła dolecieć choćby na trybuny. Choćby i do piekła!
          Ręka go nie bolała!
Dopiero teraz podniósł głowę. Nadal nie spojrzał jednak na stadion. Odwrócił się i odnalazł wzrokiem Sarah. Podbiegł do granicy boiska z oczami roziskrzonymi radością. Podniosła notatki z kolan. Nie śpiesząc się, zapięła klamry torby, wstała i wygładziła spódnicę. Dopiero wtedy zeszła na dół, ostrożnie stawiając stopy w butach na wysokich obcasach.
Devin nic nie mówił. Czuł tak wiele rzeczy naraz. Tak wiele widział. Miał wrażenie, że od kilku miesięcy nie czuł się żywy - aż do teraz. Słońce grzało przez jego biały, klubowy strój. Zdjął czerwoną baseballówkę z głowy, otarł czoło. Miał zbyt długie włosy, skręcały się już w spiralki. Sam nie pamiętał, kiedy ostatnio je obcinał. Odłożył wszystko do czasu, kiedy się dowie, kiedy pozna werdykt. Teraz już wiedział. Będzie grał. Będzie żył.
         Słońce świeciło, igrając w rudych włosach Sarah, połyskując na jej skórzanej torebce i noskach szpilek. Ręka nie bolała. Devin nie wiedział, że się uśmiecha. Zobaczył to dopiero w odbitym uśmiechu swojej dziewczyny, drobnej i pięknej. Zarzuciła mu ręce na szyję, nie zważając na to, że kark miał mokry od potu.
- Dobry rzut. - powiedziała mu prosto do ucha.
- E tam. - próbował być skromny, chociaż nie mógł przestać się uśmiechać. - Babe Ruth by to odbił.
Skrzywiła się. Wiedziała, że Devin dobiera baseballowe żarty tak, by zrozumiała je nawet ona. Nie musiał jednak być aż tak oczywisty. Chociaż studiowała dziennikarstwo i nie interesowała się zupełnie sportem, zdążyła przy nim nauczyć się coś niecoś.
- Babe Ruth nie miał zgruchotanej prawej ręki. - próbowała zripostować.
- Dziecinko, on był mańkutem. - zaśmiał się i objął ją jeszcze mocniej, prychającą i obrażoną. Jak zwykle nie trafiła z odpowiedzią.
Próbowała się wyrwać. Trzymał ją mocno. Wreszcie odsunął się trochę, by spojrzeć jej w oczy.
- Skarbie. Zobacz tylko. Nie zauważyłaś nic?
Dla demonstracji opuścił lewe ramię i przytrzymał ją jedynie prawym, silnym jak imadło. Podniosła twarz tuż przy jego twarzy.
- Nie boli cię.
- Nie.
          Stali tak przez chwilę, patrząc na siebie. Błądziły im po głowach różne myśli. Pierwszy odezwał się Devin. Puścił dziewczynę i chwycił za rękę, prowadząc wzdłuż linii barierek.
- Gibson powiedział, że sam mam to ocenić. Poćwiczyć i przyjść na trening, kiedy będę gotowy. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, weźmie mnie na otwarcie sezonu. To już za dwa tygodnie.
- Właśnie o tym chciałam pomówić.
Sarah zatrzymała się. Opuściła głowę. Stanął tak, by widzieć jej twarz. Targnęło nim złe przeczucie. Tknięty niepokojem, wyciągnął rękę i lekko uniósł jej podbródek. Miała w oczach smutek, którego wcześniej nie było. Nie było, a może go nie dostrzegł? Zmieszany nie wiedział, co powiedzieć. Ona jednak kontynuowała.
- Adam wyjechał przedwczoraj. Jill i Dean wyjeżdżają dzisiaj. - zaczęła wyliczać. - Rose i Jess się pakują. Moi rodzice dzwonią od samego rana. Nie odbieram, bo nie wiem, co im powiedzieć.
Patrzył zdumiony. A więc o to chodziło.
- Sarah, przecież to jakaś głupota. Naprawdę się tym przejmujesz? - aż uśmiechnął się z ulgi. Bał się, że to coś poważnego.
- Tak. - spojrzała mu w oczy. - Wszyscy się tym przejmują! Tylko ty nie! Wszyscy nasi znajomi już opuścili miasto, nie zauważyłeś tego? Pewnie nie, skoro przejmujesz się tylko piłką i swoją ręką, a nie tym, co mówią w telewizji, że szpitale są pełne i żeby nie chodzić w publiczne miejsca i...! - urwała z braku powietrza.
Brzmiała naprawdę histerycznie. Nie wiedział, jak to powiedzieć, by jej nie urazić. Sam jednak czuł, jak rodzi się w nim złość.
- No to o co ci chodzi? Tak, przejmuję się piłką, ale przynajmniej siedzę sam na stadionie i nie mam od kogo się zarazić! Zachowuję środki ostrożności - skrzywił się przy tym wyświechtanym haśle - ale nie będę się wyprowadzał na dwa tygodnie przed rozpoczęciem sezonu! Z powodu telewizyjnej paniki w dodatku! Nie pamiętasz, jak to było? Ptasia grypa, świńska grypa czy coś, co roku coś się pojawia!
- To jest coś innego. Kiedy ostatni raz przeszedłeś się po mieście? Wszyscy się boją. Znaczy się, ci, którzy w ogóle zostali w Phoenix i wychodzą z domu.
Przyjrzał się jej. Mówiła poważnie. Nie pamiętał, by kiedykolwiek była taka poważna. I taka blada.
Słońce jakby przygasło.
- Kochanie - zaczął powoli, starając się brzmieć ugodowo - nie mogę teraz wyjechać. Skoro okazało się, że jestem w stanie trenować, nie mogę od teraz przegapić ani jednego treningu... Albo znowu będę uziemiony na cały sezon.
- Wolisz zostać i umrzeć? - drżał jej podbródek. Boże, w ogóle nie zachowywała się jak ona.
- Już nigdy się nie wybiję. - próbował tłumaczyć. - Sport nie wybacza takich przerw. Nie na moim szczeblu.
Odsunęła się, ściskając torbę rękami. W blasku powoli opadającego słońca jej włosy wydawały się ciemniejsze niż zwykle, oczy kryły się w cieniu. Już nigdy miał się nie dowiedzieć, co czyniło je tak podkrążonymi - kąt padania światła, nieprzespane noce czy tusz rozmazany od wilgoci, która nagle zamgliła jej spojrzenie.
- Wyjeżdżam. - powiedziała dziwnie bezosobowym głosem. Odwróciła się do niego tyłem.
Pamięta jak dziś: podniósł wtedy w jej stronę rękę, o której przez chwilę myślał, że jest zdrowa i pełna mocy. Teraz okazała się besilna. Bezwartościowa. Nie mógł zatrzymać nią Sarah. Jak się miało okazać, niczego nie udało mu się zatrzymać.
          Kiedy myśli o tym teraz, nie jest pewien, czy uniesioną ręką próbował ją przytrzymać przy sobie, czy może wskazywał drogę ucieczki. Nad nią, nad jego dłonią kilka metrów dalej świeciła się zielona tabliczka z białym człowieczkiem biegnącym do wyjścia. I jego dziewczyna przeszła przez te drzwi.
- Zadzwoń, jak wrócisz! - zawołał jeszcze i wtedy wydało mu się to ważne. Że nie zrywał niczego ostatecznie, że zostawiał jej otwartą furtkę. Że okazał dobrą wolę.
Tak naprawdę nie miało to znaczenia.

piątek, 19 października 2012


ROZDZIAŁ I

ODLICZANIE


Miesiąc do końca świata

              Kiedy próbował pozbierać myśli i uporządkować to, co się stało, wciąż nie mógł ustalić niektórych ważnych faktów. Podchodził do tego zadania wielokrotnie, a pytania, które stawiał, z czasem zaczęły się zmieniać. Nie zastanawiał się już, kto go sprzedał. Nie tworzył w myślach listy ludzi, którym się naraził. Wciąż odtwarzał w pamięci film z chwili, kiedy zdrada została przypieczętowana, ale już nie próbował sobie wmówić, że mógł tego uniknąć. Że mógł to przewidzieć. Że mógł uciekać. Porzucił bezsilną furię, która darła go pazurami od środka jak zaszyte żywcem zwierzę. Trochę dłużej zajęło, nim stopiła się bryła lodu otaczająca jego serce - przeraźliwie zimna żądza zemsty. To minęło. W jego ciele rozluźniły się spięte do bólu mięśnie, a myśli stały się niemal obojętne. Niemal. Jedno pytanie nie odeszło nawet wtedy, gdy zupełnie stracił zainteresowanie swoją sytuacją. Wracało, kiedy leżał na plecach z rękami pod głową, wpatrując się w biały sufit. Obserwował je wtedy leniwie, obracał w myślach, niespiesznie analizował. Pierwszy w życiu miał czas, by się zastanawiać nad czymś tak długo. Zadziwiało go to, jak wiele rozmyśla.
             Może to dlatego, że w więzieniu wszystko trwa bardzo długo? Kiedy tylko minął szok pierwszych dni, zaczął to rozumieć. Każda czynność była rozciągnięta. Każda chwila rozwleczona do granic możliwości. Czas deformował się i rwał jak piosenka odtwarzana na walkmanie o wyczerpującej się baterii. Prowadzący rozmaite zajęcia - gimnastykę, koło dyskusyjne, warsztaty artystyczne, jakąś katechezę - ze wszystkich sił próbowali przerwać ten proces i przywrócić czasowi jego normalny bieg. Na próżno. Nawet kiedy biegał dookoła spacerniaka, nie czuł upływu czasu, tak samo jak nie czuł zmęczenia. Jego umysł powracał do pytania, które zawsze czaiło się w głębi czaszki. Biegł wtedy coraz wolniej, pokasłując i nie patrząc pod nogi. Wreszcie zatrzymywał się - zgięty w duszącym kaszlu, ale ciągle obojętny. Interesowało go tylko jedno. Kiedy krąg zaczął się zaciskać?
            Im dłużej porządkował wspomnienia, tym bardziej przesuwał do tyłu granicę, od której wszystko zaczęło iść źle. To, co początkowo było nagłą odmianą losu, stawało się w jego głowie logiczną konsekwencją wielu wcześniejszych decyzji. Chociaż tak naprawdę zobaczył policjantów dopiero, gdy stali nie więcej niż dwadzieścia metrów od niego, w jego snach wyglądało to inaczej. Byli tam zawsze, w mroku za jego plecami. Krąg zaciskał się od dawna, jak pętla na szyi, na początku luźna i zupełnie nieprzeszkadzająca, łatwa do zrzucenia w każdej chwili. Później, gdy zaczęła być nieprzyjemnie ciasna, nie dało się już zdjąć jej przez głowę. Szarpanie się tylko zaciskało sznur, ostry sznur tnący skórę. Był osaczony, skazany. Przywiązany do tego miejsca jak pies.
            Budził się wtedy, i to były jedyne chwile, kiedy czas przyśpieszał. Dyszał ciężko, łapiąc powietrze otwartymi spazmatycznie ustami. Próbował sobie wmówić, że nic gorszego już go nie spotka, że już po wszystkim. Ale gdzieś w głębi skręconego z bólu żołądka wiedział, że krąg się zaciska. Nie wiedział jeszcze tylko, co to za krąg.
Nie zdążył wtedy złapać i zrozumieć tego nieuchwytnego przeczucia. Rankiem znikało, ustępując miejsca zwykłej obojętności, a czas znowu zwalniał. Może gdyby mógł porozmawiać z więziennym psychologiem nocą, umiałby dobrać właściwie słowa i ostrzec go, ostrzec wszystkich. Ale za dnia już niczego się nie bał. I nawet jeśli było jakieś zagrożenie, nie chciał ratować przed nim ani siebie, ani świata.
         Lekarz osłuchał jego płuca, pielęgniarka pobrała krew, ktoś zmierzył mu temperaturę. Nie pamięta, kto pierwszy patrzył na niego tym charakterystycznym wzrokiem, w którym walczyła surowa, profesjonalna obojętność, smutek i jakby oskarżenie. Jak mógł się doprowadzić do takiego stanu? Dlaczego musiał sprawiać problemy?
- Nie byłeś szczepiony, co? Mój Boże, tego nam tutaj brakowało. - powiedział lekarz.
- Ma pan depresję. - powiedział psycholog.
          Nie wiedział, na jakim oddziale go umieszczono. Jego pokój był jasny i pachniał kwiatami. Nigdy nie obrócił głowy na bok i nie spojrzał, czy naprawdę na stoliku stoją jakieś kwiaty, czy to tylko zapach płynu do podłóg. Tak samo nie interesowało go jedzenie, które przynosiła czarnoskóra pielęgniarka, połyskująca srebrnymi oprawkami okularów. Nie dawała mu spokoju i jadł kilka kęsów, zanim pozwoliła mu łyknąć tabletki. Niektóre z nich działały, bo z czasem polubił jej towarzystwo. Nadal nie rozglądał się po pokoju, ale podnosił wzrok, gdy przysiadała na skraju jego łóżka i mówiła. Po dziś dzień nie może sobie przypomnieć, o czym właściwie gadała. Pamięta tylko słońce wlewające się przez okno, jej ciepły, żywy głos i zapach kwiatów. Krąg się zaciskał, ale już nie budziło go to w nocy. Spał spokojnie, nie oczekując dłużej na koniec świata.
Jego świat się skończył.